W dniach 30 maja – 06 czerwca uczniowie II Liceum Ogólnokształcącego już po raz trzeci brali udział w wyjeździe organizowanym w ramach błękitnej szkoły na Mazury. Tym razem cała grupa miała możliwość poznania południowych szlaków żeglarskich na Pojezierzu Mazurskim.
W piątek o godzinie 06.00, autobus pełen miłośników (w większości teoretyków) żeglarstwa rozpoczął swoją podróż w kierunku Giżycka. Po prawie 11 godzinach jazdy grupa dotarła na miejsce przeznaczenia, gdzie przywitał nas organizator wyjazdu p. Wojtek Nowak, następnie zostaliśmy podzieleni na załogi 7 – osobowe i przydzielono każdej z załóg jacht, który przez okres rejsu miał być naszym domem i środkiem transportu. Jachty nosiły bardzo wdzięczne nazwy, jak: „Jędrny Jędrek”, „Nadęty Czajnik”, „Nie Ma Wiochy”, „Wieczna Flauta”, „Zwinna Szpytka” i „Generał” na którym pływała kadra. Po mniej lub bardziej zorganizowanym rozpakowaniu się mogliśmy wreszcie trochę odetchnąć. Wieczór był czasem na integrację grupy przy grillu i dał możliwość zapoznania się ze sternikami. Część kadry była już nam zanana, poznaliśmy też komandora rejsu, którym był Paweł. Rankiem po pobudce i lekkim śniadaniu przystąpiliśmy do rozdzielania prowiantu na każdy jacht, zapoznaliśmy się z regulaminami dotyczącymi bezpieczeństwa i przeszliśmy krótkie przeszkolenie, a następnie rozpoczęliśmy rejs. Każdy nie mógł się doczekać, jak w tym roku będzie wyglądać pływanie po jeziorach mazurskich, czy będzie równie przyjemnie jak w zeszłym roku, a ci z nas, którzy byli pierwszy raz na tego typu wyjeździe chcieli wiedzieć, czy będzie tak jak opowiadali starsi koledzy.
Pierwszy dzień rejsu obejmował trasę z Giżycka przez Jezioro Niegocin następnie wpłynęliśmy na Jezioro Boczne i systemem kanałów przepłynęliśmy na Jezioro Tałty, gdzie mieliśmy pierwszy nocleg na bindudze w rejonie Trupka (niestety żaden z kapitanów nie wiedział do końca skąd wzięła się ta nazwa). Podczas rejsu adepci żeglarstwa musieli wykazać się dużymi zdolnościami organizacyjnymi, należało zadbać o jacht (uczynić klar) oraz o podniebienia załogi dlatego na każdej jednostce była osoba odpowiedzialna za kambuz (w niektórych przypadkach gotowano kolektywnie). Kompozycje obiadowe były naprawdę zaskakujące od najprostszej opcji sosu z makaronem lub ryżem, aż po wykwintne jak na możliwości techniczne niewielkiego kambuza potrawy. Wieczorem tradycyjnie w ramach integracji grupa spotkała się przy ognisku, a w noc popłynęły słowa szanty „Przechyły”.
Po dość rześkiej nocy rankiem nastąpiło tradycyjnie sprzątanie jachtu, toaleta (dość skromna ze względu na biwakowe warunki), śniadanie i znów na jeziora. Tym razem płynęliśmy przez Jezioro Tałty, minęliśmy Mikołajki, chociaż niektóre załogi zrobiły sobie postój przy Hotelu Gołębiowski, na szybki prysznic oraz podładowanie komórek. Przejście przez Mikołajki wymagało złożenia masztów, co pozwalało kapitanom na przećwiczenie załóg. Przez Jezioro Mikołajskie wpłynęliśmy na Jezioro Bełdany, gdzie odbyły się regaty do śluzy w Guziance, każda załoga musiała dostarczyć dowód swojego pobytu przy śluzie w postaci zdjęcia (nie wszystkie załogi wykonały to zadanie). Pogoda w czasie tego dnia rejsu była dość kapryśna, było pochmurno, a później zaczął zacinać drobny deszcz, lecz dzielne załogi nie zwracały na te drobne utrudnienia uwagi. Po regatach posiłek przyrządzony przez utalentowanych kuków smakował wyśmienicie. Na noc znów zatrzymaliśmy się na dzikiej bindudze na Jeziorze Bełdany.
Czwartego dnia rejsu pływaliśmy po Jeziorze Bełdany oraz Mikołajskim, natomiast w samych Mikołajkach mieliśmy kolejny postój, wtedy to można było skorzystać z dobrodziejstw publicznych toalet i prysznicy oraz zwiedzić miasto. W Mikołajkach rozegrano również grę miejską oraz umożliwiono uzupełnienie zapasów na jachtach.
Początek piątego dnia żeglugi rozpoczął się tradycyjnie od toalety, śniadania i sprzątania jachtów, a następnie ruszyliśmy na jeziora, niestety bardzo szybko okazało się, że z żeglowania raczej nic nie wyjdzie z powodu flauty. Smętnie wiszące żagle zostały zwinięte i część drogi musieliśmy odbyć na silnikach, choć znalazły się załogi takie jak z „Nadętego Czajnika”, które wiatr wspomagały siłą własnych mięśni płynąc przy użyciu pagajów. Po przebyciu Jeziora Mikołajskiego wpłynęliśmy na największe polskie jezioro – Śniardwy, które też przywitało nas flautą, wkrótce jednak niebo stało się stalowoszare i zaczęło padać, tak intensywnie, że załogi zostały unieruchomione na bindudze. Cumując przy Czarcim Ostrowie część załóg zauważyła, że wyspa jest zamieszkała przez stada myszy, które z apetytem rzuciły się aby pożreć resztki ryżu z przygotowywanych obiadów.
Po deszczowej nocy nastał również deszczowy poranek, który niestety był zapowiedzią deszczowego dnia, więc w strugach deszczy przy słabych podmuchach wiatru wypłynęliśmy ze Śniardw, poprzez jezioro mikołajskie, a następnie Bełdany wpłynęliśmy na Jezioro Tałty, gdzie mogliśmy zobaczyć np. wyspę wziętą we władanie przez rybitwy. Naszym celem był port Ryn, gdzie w czasach istnienia państwa zakonnego znajdowała się siedziba komturii, czego dowodem jest przepiękny zamek zamieniony współcześnie na hotel. W porcie można było skorzystać z dobrodziejstw cywilizacji w postaci kabin prysznicowych, niektórzy kapitanowie, jak Sławek zabrali się również za robienie prania, co skończyło się na nabyciu proszku i śpiewaniem szant przez większą część nocy.
Po nocy spędzonej w Rynie ruszyliśmy w ostatni rejs tej wyprawy przez Jezioro Tałty, kanały, Jezioro Jagodne i Boczne do Giżycka do przystani Centralnego Ośrodka Sportu. Ostatni dzień był wyjątkowo upalny, choć nadal z niewielkimi podrywami wiatru. Część załóg wykorzystała słońce, aby podłapać trochę opalenizny. Wieczorem tradycyjnie było ognisko z szantami. Przy ogniu można było podzielić się swoimi wrażeniami z innymi uczestnikami rejsu. Niektórzy z uczestników byli już od rana w wyśmienitych humorach jak np. Zuzia, która dowiedziała się, że wkrótce włoży mundur Akademii Morskiej (gratulacje!!!).
Ostatniego dnia po śniadaniu nadszedł czas pożegnań, najpierw jeszcze ostatnie szorowanie pokładów jachtów, pakowanie plecaków, pożegnania z kapitanami, no i w drogę.
Można przyjąć, że wyprawa na Mazury dobiegła końca.